sobota, 10 grudnia 2011

"Przewrócenie życia do góry nogami" - Początek

Otworzyłam delikatnie oczy, jeszcze je mrużąc, po czym zsunęłam z siebie kołdrę, i wstałam. Weszłam do łazienki, przejrzałam się w lustrze, umyłam zęby i doprowadziłam się do porządku. Dziesięc minut później byłam już na dole w kuchni.
- Czesc! - Krzyknęłam do mamy, która nakładła mi śniadanie. 
- Czesc Lisey. Usiądź, musimy coś tobie powiedziec.
  Po chwili do kuchni wszedł tato, usiadł przy stole, obok mnie. Zauważyłam po nim, że coś go dręczy, wyraźnie widac, że jest mu z jakiegoś powodu przykro.
- O co wam chodzi ? Powiecie mi czy nie? - byłam strasznie zdziwiona z ich zachowania. Nigdy wcześniej tak się nie zachowywali.
  Mama nałożyła mi śniadanie i usiadła razem z nami. Chwyciła moją dłoń, która leżała na stole i "zamknęła ją" w swojej. Po czym spojrzała na tatę czekając jakby to on miał zacząc.
- Słonko... masz już szesnaście lat i nie chcemy przed tobą nic ukrywac. Wczoraj wylali mnie z roboty. Prosiłem by tego nie robił.
- ...ale jak to? - rzuciłam, ponieważ nie wiedziałam jak mam się zachowac.
- Szczerze? To nie mamy kasy, po prostu nic. Wszystkie nasze oszczędności wyrzuciliśmy w dokończenie naszego domu... na marne.
- Nie rozumiem, dlaczego na marne? Przecież damy radę jakoś. Teraz wakacje to może pójdę do pracy do wujka. On na pewno coś załatwi.
- Kochanie musimy sprzedac nasz dom. Wiemy, że to nie będzie łatwe dla nas a tym bardziej dla ciebie. Jednak jesteśmy do tego zmuszeni. Nie stac nas na utrzymanie go. - Odezwała się nareszcie mama.
- Nie zgadzam się na to! Najpierw powinniście mnie zapytac o zdanie! Damy jakoś radę. Mogę pracowac w budce z lodami, rozdawac gazety, cokolwiek. Proszę was nie róbcie tego...
- Niestety, ale mamy już klientów. Oferują naprawdę duże pieniądze. Przeprowadzimy się do Kalifornii. Tam pójdziesz do szkoły.
- O nie! Wy chyba zwariowaliście?! Rozum wam odebrało?! Nigdy w życiu! Ja tutaj mam przyjaciół, którzy są dla mnie jak rodzina. Co ja niby powiem Mattowi, przecież ja go kocham?! - wstałam od stołu i zaczęłam wymachiwac rękoma jakby coś to miało pomóc. Prawie nie wpadłam w histerię.
- Co ty wyprawiasz Lisey?! Uspokój się, to nie jest nasza wina tylko losu. Wszystko jest już postanowione. - tato również wstał od stołu, dłońmi trzymał oparcie krzesła.
- Nienawidzę was! Nienawidzę! - Wybiegłam z kuchni, pobiegłam po schodach na górę do swojego pokoju w, którym rzuciłam się na wielkie łóżko.
- Niech się pierdolą! Tak pierdolcie się! - Zaczęłam krzyczec, łzy ciekły mi po policzkach. Po pół godzinie uspokoiłam się.
 Do pokoju weszła mama, która usiadła obok mnie, zarzuciła rękę na moje ramię i przytuliła mnie do siebie, odgarniając mi włosy z twarzy.
- Tacie strasznie przykro jest. Na prawdę starał się byśmy tutaj zostali. Myśleliśmy, że się uda, jednak gdy wczoraj go wylano nasze nadzieje wygasły. - spojrzała w moje oczy widząc, że są napuchnięte od płaczu.
- Przeprasza... wiem, że kochacie ten dom tak jak ja i, i po prostu nie wiem co mam powiedziec... zachowałam się jak rozpuszczony bachor. - wyraziłam skruchę przed mamą
- Nie kochanie, doskonale cię rozumiem. Proszę spakuj wszystkie swoje rzeczy. Po jutrze mamy samolot. - wyszła z mojego pokoju bez słowa, i pewnie sama poszła pakowac wszystko.
-  Nie wierzę w to, po prostu nie wierzę...  - pokręciłam głową z nie do wierzenia. Pierwszą czynnośc jaką wykonałam to telefon do Carrie - najlepszej przyjaciółki pod słońcem.
- Tak słucham? - Odezwała się.
- Carrie, mam złą wiadomośc, taką, której byś się nigdy nie spodziewała.
- Ah to ty Lis! Nie poznałam ciebie, masz jakiś inny głos.
- Humor mówi sam za siebie. Nie będę owijac w bawełnę bo muszę się pakowac. Wyjeżdżam Carrie do Kalifornii.
- Do Kalifornii ? Wow! Zawsze chciałam tam poleciec. I to cię niby martwi ? Haha. Wiesz ile tam jest seksownych chłopaków? Opalone ciała, muskularni, same ciacha. Czego chciec więcej? Dobrze by było gdybyś mnie wkręciła do tej wycieczki. Do kiedy będziesz?
- Posłuchaj mnie, a nie nawijasz nie dając mi dojśc do słowa! Wyjeżdżam na zawsze! NA ZAWSZE ! ZAWSZE! ROZUMIESZ?! ZAWSZE! - nie mogąc wytrzymac ryknęłam płaczem do słuchawki.
- O mój boże Lisey! Jak to?!
 O wszystkim jej opowiedziałam, rozmawiałyśmy ponad godzinę. Umówiłyśmy się, że spotkam się z nią i Mattem w dzień wyjazdu na lotnisku, tam się pożegnamy. Pomogła mi ta rozmowa, ponieważ moja przyjaciółka pocieszyła mnie, chociaż w jej głosie słychac było totalne załamanie. Starała się opanowac by mnie nie zdołowac całkowicie.

 Nadszedł ten znienawidzony dzień. Razem z rodzicami stałam już na lotnisku, spakowana i gotowa do lotu - niestety. Nagle podbiegł do mnie Matt. Uścisnął mnie z całych swych sił, a miał ich wiele więc praktycznie byłam uduszona.
- Tej, tej, opanuj się. Nie jestem pluszowym misiem... - starałam się nie płakac więc przerzuciłam się na drobne żarty.
- Boże Lis! Gdy się dowiedziałem o tym myślałem, że obrabuję bank, i dam wam te pieniądze. To jednak nie wyszło by z powodzeniem. Tak cię kocham! Nie będę cię prosic byś została bo to by był idiotyczne tym bardziej, że ty nie masz na to wpływu. Jedno mi obiecaj. Będziemy razem póki nie wiem co! - Chwycił mnie za ramiona, spojrzał w me oczy, położył jedną dłoń na mym policzku, po którym przejechał palcem delikatnie. Po chwili nasze usta były już całością. Dzieliliśmy się wspólnie śliną z pięc minut puki nie...
- Hallo! A ze mną to się nie pożegnasz!? - uśmiechnęła się do mnie Carrie, poruszyła ramionami, i rzuciła się na mnie do uścisku.
- Tak bardzo nie chcę was opuszczac...
- Wiemy o tym Lis... - pocałowała mnie w policzek
    - Kochanie, Słonko! Gdzie jesteś!? Samolot! Dalej! - zaczęli wykrzykiwac moi rodzice.
- Tutaj! Już idę ! - odezwałam się zirytowana. Nawet na lotnisku muszą do mnie wołac jak do pięcioletniego dziecka.
  - Obiecuję, że będę do was dzwonic codziennie, nawet dwa razy dziennie. - ponownie się wszyscy troje do siebie przytuliliśmy, wylaliśmy łzy.
 Chwyciłam walizki, i zaczęłam biec za rodzicami, którzy byli 500m dalej.
- Kochamy ciebie Lisey! - krzyczeli do mnie Carrie i Matt gdy biegłam na pas.
       Dwadzieścia minut później - siedzę z rodzicami na miejscach w samolocie, który zaraz wystartuje. Żegnam swoje miasteczko wypatrując prze okrągłe okienko maszyny. Wyciągnęłam z podręcznego plecaka chusteczkę i od razu ją wykorzystałam. Oparłam głowę o siedzenie samolotu w myślach modląc się by to wszystko okazało się tylko potwornym snem... tymczasem powinnam się modlic byśmy przeżyli. To mój pierwszy lot samolotem.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
CIĄG DALSZY NASTĄPI.
Podobało się? Jeśli tak to proszę o komentarze. Chcę wiedziec czy ktokolwiek odwiedza bloga i to czyta. Nie jestem pisarką i , dlatego na pewno niektóre zdania są do kitu,ale nie każdy pisze idealnie, zwłaszcza nie ja :) Piszę do tylko i wyłącznie do przyjemności, i z nudów.